Były długoletni kanclerz Kurii Arcybiskupiej w Moskwie i były już ksiądz Igor Kowalewski czuje się jak „żołnierz wyklęty”, postanowił zaprzestać swej posługi kapłańskiej, a obecnie zastanawia się, co ma dalej robić. O tym, co się wydarzyło ostatnio w jego życiu, o swych planach na przyszłość a także o sytuacji Kościoła katolickiego w Rosji opowiedział on w obszernym wywiadzie dla rosyjskiego niezależnego portalu chrześcijańskiego „Credo.Press”.

Na wstępie rozmowy były kapłan potwierdził, że przestał pełnić swą posługę i wszystkie stanowiska w Kościele katolickim w Rosji, „stałem się w nim bezrobotnym, opuściłem kraj i rozpocząłem życie w świecie [tzn. jako świecki – KAI]”. Zaznaczył, że może sobie obecnie pozwolić na „bardziej beznamiętne mówienie o tym, jak żyło i czym żyje to wyznanie w Rosji, opierając się na własnym doświadczeniu”.

Były duchowny przyznał, że jego odejście [z kapłaństwa] spotkało się z dużym oddźwiękiem, pytano go o dalsze plany życiowe, grupa świeckich wezwała go do powrotu do posługi duchownej, a kilku biskupów z paru krajów zapraszało go do przyjazdu do nich na wypoczynek lub do podjęcia pracy duszpasterskiej w ich diecezjach. Pytano go też, czy nie zamierza przejść np. do tradycjonalistów katolickich, sedewakantystów lub w ogóle zmienić wyznanie i stać się np. protestantem czy prawosławnym. Kowalewski oświadczył, że nie chce rozwijać tego tematu, zaznaczając, że zerwał już z kapłaństwem i wszelkimi strukturami kościelnymi, w tym także z Caritasem, którego dyrektorem był do 11 listopada.

Przyznał też, że stan jego nerwów zaczął się pogarszać już w 2016, gdy rozpoczęły się procesy sądowe w sprawie zwrotu budynków kościelnych na stołecznym Milutińskim Prierieułku. Stało się tak głównie z powodu braku wsparcia ze strony archidiecezji, o czym już wówczas powiadamiał abp. Paolo Pezziego [metropolitę w Moskwie – KAI]. I obecnie, po tych wszystkich wydarzeniach, o których pisał w listach i na Facebooku, musi leczyć system nerwowy. Dwóch psychologów zagranicznych udzieliło mu, niezależnie od siebie, tej samej rady: wyjść ze środowiska toksycznego. „Stan duchowy i zdrowie psychiczne są w takim wypadku najważniejsze, nie mówiąc już o godności” – podkreślił rozmówca agencji.

Zwrócił uwagę, że rozpoczynając obecnie całkowicie świeckie życie, nie pogardzi żadną pracą, łącznie z fizyczną, tym bardziej że jako 56-latek ma już duże doświadczenie. Zamierza nadal żyć wiarą, która – jak zaznaczył – zawsze jest ryzykiem. W tym kontekście wskazał, że „byłoby komfortowo, ciepło i wygodnie w ogóle nic nie robić przez te wszystkie lata, nie podejmować różnych ryzykownych spraw, nie bronić interesów Kościoła ani «łatać dziur», ale po prostu odprawiać Msze, moralizować, głosić kazania, czasami jakieś wykłady, być proboszczem dużej, jak na warunki rosyjskie, stuosobowej parafii, żyjąc przy tym dzięki dotacjom z zewnątrz (…), wołając na cały świat o «wielkiej misji ewangelizacji Rosji» lub o «świętej Rusi»”. Ale, dodał, „Bóg widocznie powołał mnie do czegoś innego”.

Zdaniem byłego już kanclerza Kurii w Moskwie posługa w Kościele katolickim w Rosji „to rzeczywiście krzyż”. Zapewnił on, że przez wszystkie te lata upewnił się nie tylko co do Bożej obecności w świecie, ale też istnienia i działania diabła. „I o tym wierzący winni pamiętać, że intrygi Złego to nie tyle kłamstwo, ile prawda zmieszana z kłamstwem, zamiana pojęć, manipulowanie religią, przywłaszczenie świętości, jak w ewangelicznym kuszeniu Jezusa” – przekonywał były kapłan. Dodał, że wszystko to jest rzeczywistością naszych czasów, w tym także samego Kościoła „i z tym musimy się stykać”.

Kowalewski stwierdził, że nie chciał się kłócić z abp. Pezzim, przyznając jednocześnie, że jest mu go żal, gdyż okazał się on człowiekiem idącym „na pasku” intrygantów, słabym i bezradnym, o wątpliwym poziomie profesjonalizmu, potrzebującym wsparcia, ale uważającym się za silnego. Ale siła ta przejawiała się tylko, według byłego kanclerza, w próbach zemsty, manipulacjach, oskarżeniach i „wylewaniu pomyj” na niego. Był to, jak podkreślił Kowalewski, jego los jako „żołnierza wyklętego”, pionka w wieloletnich grach władz kościelnych: kadrowych, politycznych i finansowych.

Rozmówca Credo.Press wyjaśnił następnie, że Kościół katolicki w Rosji jest słaby pod każdym względem – materialnym i społecznym, nie jest w stanie ani samodzielnie istnieć, ani prowadzić własnym kosztem znaczących społecznie spraw. Niemal całkowicie zależy od finansowania z zewnątrz a „często też od bardzo specyficznych, jeśli można tak powiedzieć, zasobów ludzkich”. Na różne ambitne programy przeznaczano albo znacznie mniej środków, albo bez uwzględniania ryzyka i strategii rozwoju, co ostatecznie prowadziło do ich straty – tłumaczył dalej były duchowny. Dlatego, dodał, trzeba było szukać inwestorów, żeby doprowadzić do końca rozpoczęty projekt albo przynajmniej odzyskać część wydatków lub żeby po prostu zachować twarz. A wszystko to działo się na bezpośrednie polecenie kierownictwa lub za jego zgodą.

Kowalewski zaznaczył, że w odniesieniu do obiektów na Milutińskim Pierieułku ważniejsza od spraw finansowych była sama strategia Kościoła katolickiego w tym kraju: czy ma to być „misja” czy „obecność” i jak należy rozumieć te pojęcia. Przypomniał w związku z tym słowa ówczesnego metropolity (obecnie patriarchy) Cyryla, który jako przewodniczący Wydziału Zewnętrznych Kontaktów Kościelnych Patriarchatu Moskiewskiego powiedział kiedyś, że rozdęte struktury Kościoła katolickiego w Rosji nie odpowiadają rzeczywistym potrzebom wspólnoty wiernych. Było to w okresie bardzo napiętych stosunków prawosławno-katolickich. Nikt wtedy nie podjął szerszej dyskusji na ten temat, a spory dotyczyły głównie prozelityzmu i grekokatolików, które „pod wieloma względami były problemami sztucznymi w porównaniu ze sprawą struktur” – stwierdził były duchowny. I przyznał, że tamte słowa obecnego patriarchy były „rzeczywiście prawdziwe”.

Odwołał się następnie do początków swej posługi w Moskwie, gdy na terenie jedynego wówczas kościoła katolickiego w tym mieście – św. Ludwika istniały dwie parafie: miejscowa, zwana potocznie „francuską” [gdyż sam kościół był nazywany „francuskim” – KAI] i druga – św. Piotra i Pawła, zwana „rosyjską” lub „polską”. Proboszczowie obu wspólnot byli wrogo do siebie nastawieni, chociaż mieszkali w tym samym budynku, a on musiał pośredniczyć między nimi, gdy trzeba było np. uregulować czynsz. „Taka to była «jedność w Chrystusie»” – stwierdził nie bez ironii rozmówca agencji. Dodał, że ówczesny nuncjusz mówił mu, że w stolicy powinny być dwie świątynie z dwiema parafiami i dwoma proboszczami. „Ale my chcieliśmy więcej i więcej” – zaznaczył.

Podjęto starania o odzyskanie kościoła św. Piotra i Pawła, położonego zaledwie 100 metrów od św. Ludwika, chociaż zdania co do celowości tych zabiegów były podzielone mniej więcej pół na pół, przy czym starsi parafianie byli bardziej sceptyczni niż młodsi i neofici. Szermowano głównie argumentem sprawiedliwości historycznej, nie licząc się z rzeczywistymi potrzebami wspólnoty i to stanowisko podzielał zresztą sam Kowalewski. Zauważył, że dziś okazuje się, że ta świątynia nie jest Kościołowi potrzebna, chociaż odzyskano ją bez wydatków. Pojawiły się różne pomysły wykorzystania jej, ale ostatecznie okazało się, że brak jest środków i obecnie nie bardzo wiadomo, co z nią zrobić. A u podstaw wszystkich tych tarć i sporów leżała „walka [ludzi Kościoła] o żłób” – stwierdził dosadnie były kanclerz kurialny.

Zauważył następnie, że Kościół katolicki w Rosji nadal wygląda jak jakaś „egzotyczna sekta”, chociaż istnieją obecnie dobre i stabilne stosunki między Stolicą Apostolską a Rosją, a papież Franciszek cieszy się dużym autorytetem w społeczeństwie. Jego encyklikę [„Fratelli tutti”] przetłumaczyli na rosyjski muzułmanie, a stosunki między Rosyjskim Kościołem Prawosławnym (RKP) a Kościołem katolickim są dziś takie, jakie trudno było sobie nawet wyobrazić jeszcze 15 lat temu. Ale udział w tym procesie katolików rosyjskich jest mizerny, a i sam Kościół nie był dotychczas w stanie zająć godnego miejsca w społeczeństwie, w odróżnieniu np. od zielonoświątkowców – powiedział Kowalewski.

W tym kontekście wskazał na niezdolność swego Kościoła do wychowania w wyznawcach zdrowego patriotyzmu, który dla wielu wiernych brzmi jak obelga albo jest szowinizmem. Zauważył też, że Kościół katolicki jest w Rosji tradycyjnie religią mniejszości, do której ciągną często dysydenci różnych nurtów: duchowni, niezadowoleni z RKP, mniejszości polityczne, seksualne („właśnie tak!” – podkreślił), ludzie z różnymi problemami życiowymi i wewnętrznymi, nie mówiąc już o tradycyjnie katolickich mniejszościach narodowych i cudzoziemcach.

Kowalewski poruszył następnie, jak zaznaczył, „bolesny temat”, dotyczący Polaków, którzy bezsprzecznie byli i są jedną z głównych tradycyjnie katolickich mniejszości narodowych w Rosji. Otóż – jego zdaniem – archidiecezja Matki Bożej w Moskwie stała się „polonofobiczna” a „sprawa polska” jest tu stale rozdmuchiwana w negatywnym kontekście. I to mimo że ogólnie takie nastawienie nie jest typowe dla społeczeństwa rosyjskiego, a wielu prawosławnych wręcz szczyci się polskimi korzeniami. „Ale o jakim pojednaniu może być mowa, jeśli sami podcinamy gałąź, na której siedzimy?” – zapytał retorycznie mówca. Wzorem dla niego jest postawa niewielkiego liczebnie Kościoła Ewangelicko-Luterańskiego w Rosji, który – według niego – prowadzi pod tym względem bardzo mądrą politykę.

Jednocześnie podkreślił swój polski patriotyzm, którego nigdy nie ukrywał, „co nie podobało się bardzo wielu w Kościele”, jak również swą miłość do Ukrainy („mojej ojczyzny historycznej”) i Litwy, która wiele mu dała pod względem duchowym, a „wszystko to nie przeszkadza mi kochać Rosji i jej narodu”. Dodał, że „trudno o tym mówić w społeczeństwie, które ugrzęzło w nienawiści, ale Kościół ma po prostu obowiązek o tym mówić i podejmować kroki na rzecz pojednania ludzi i leży to w jego interesie”.

W związku z tym Kowalewski dał przykład Polskiego Kościoła Prawosławnego, który w ostatnich 30 latach bardzo się zmienił, przestał być odbierany jako wyznanie egzotyczne, jakiś obcy element czy orędownik interesów obcych krajów, zachowując jednocześnie kulturę tradycyjnie prawosławnych mniejszości kraju. Zwierzchnik Kościoła, metropolita Sawa jest generałem NATO, ale nie przeszkadza to Kościołowi utrzymywać przyjaznych stosunków z RKP.

„Cóż można krótko powiedzieć o dzisiejszym Kościele katolickim w Rosji? Zbudowano zamek na piasku i teraz próbuje się w nim zaklejać dziury – tak bym scharakteryzował obecny stan struktur kościelnych. Zapomniano przy tym, że ten dom miał niegdyś swój kamień [węgielny], którym jest wielowiekowa tradycja w Rosji, nie przerwana nawet w czasach sowieckich. Ale kamień ten obrzucono piaskiem i zbudowano na nim nowy dom, i to bez żadnych planów. A przecież katolicyzm uczy realizmu i od tego należy wychodzić, od rzeczywistej liczby katolików, rzeczywistych potrzeb i możliwości, troski o konkretnych ludzi, a nie snuć abstrakcyjnych rozważań o miłości” – stwierdził Kowalewski. Dodał, że o nim jako o „żołnierzu wyklętym” mogą myśleć, co chcą, on woli realizm. „I właśnie dlatego nie zamierzam wracać do Rosji ani kontynuować posługi, ale wiarę zachowam. Dla mnie światło i siła pozostają w Ewangelii” – zakończył swą wypowiedź były kanclerz Kurii Archidiecezji Matki Bożej w Moskwie.

The post Były ksiądz i kanclerz Kurii Moskiewskiej: „Czuję się jak «żołnierz wyklęty»” first appeared on eKAI.