Zostałam wybrana, żeby opowiedzieć historię ks. Machy – mówi Dagmara Drzazga, reżyserka filmu dokumentalnego pt. „Bez jednego drzewa las lasem zostanie”, w rozmowie z dziennikarką Radia eM Katarzyną Widerą-Podsiadło. Obraz opowiada historię życia i śmierci śląskiego kapłana i męczennika, który już w sobotę (20 listopada) zostanie błogosławionym.

Radio eM: Skąd wziął się pomysł na film o ks. Janie Masze?

Dagmara Drzazga: Kiedyś przeczytałam w Miesięczniku Kulturalnym „Śląsk”, że w areszcie śledczym w Katowicach była gilotyna. Bardzo się zdziwiłam, bo to narzędzie zagłady kojarzyłam z rewolucją francuską i z potwornymi egzekucjami publicznymi. To był taki teatr makabryczny. Najpierw chciałam zrobić film dokumentalny o gilotynie. Zaczęłam szukać. I tak natknęłam się na postać ks. Jana Machy. Hanik, nasz synek z Chorzowa, zauroczył mnie ogromnie.

Zaczęłam drążyć. Trafiłam do rodziny. Przeglądałam dokumenty i listy. Postanowiłam, że gilotyna – owszem – ona będzie, ale jest zupełnie nieważna, w cieniu takiego wspaniałego człowieka, i postanowiłam o nim zrobić film.

Radio eM: Dzięki temu filmowi wielu poznało Hanika…

– Muszę przyznać z wielką radością, że film „Bez jednego drzewa las lasem zostanie”, który zrealizowaliśmy, przyczynił się do ponownego odkrycia tej postaci.

Hanik nie zakwalifikował się do grupy 108 polskich męczenników, zamordowanych w czasie II wojny światowej z nienawiści do wiary. Oni byli beatyfikowani 13 czerwca 1999 w Warszawie podczas podróży apostolskiej Jana Pawła II do Polski. Wcześniej na temat ks. Jana pojawiały się pojedyncze artykuły w magazynach katolickich, ale postać ta pozostawała zapomniana. Rodzina już straciła wszelką nadzieję, że cokolwiek się wydarzy. I nagle pojawiłam się ja i powiedziałam, że chciałabym zrobić film.

Radio eM: Było coś nadzwyczajnego w tej realizacji?

– Czasami wydaje mi się, że to nie ja wybrałam ten temat i bohatera, tylko to ja zostałam wybrana, żeby tę historię opowiedzieć.

Radio eM: Łatwo jest zrobić film o postaci historycznej?

– To jest zawsze niezwykle trudne, kiedy nie ma bohatera już z nami, kiedy on nie żyje, niczego nie powie, nie możemy obserwować go z kamerą. Inaczej się buduje taki film.

Musiałam sobie stworzyć mozaikę z różnych wypowiedzi na temat ks. Jana. Rodzina przyjęła mnie z otwartością i udostępniła wszystkie pamiątki po zmarłym. Trzymałam w ręku różaniec, który zrobił sobie sam będąc w więzieniu z kawałków chleba, drzazg i sznurka. Dotykałam jego młodzieńczą sutannę, jeszcze z czasów seminarium.

Radio eM: Spotkanie z bliskimi ks. Jana dało większe światło na to, jaki on był?

– Rodzina ks. Machy bardzo żyje Hanikiem. Modlą się za jego wstawiennictwem i to nie tylko teraz. To jest dla mnie też piękne świadectwo, jak te więzi rodzinne mogą przetrwać mimo, że człowiek nie żyje. Całej naszej ekipie filmowej Hanik stał się bliski. Wielu z nas ma na swoim biurku jego zdjęcie. Myślimy o nim tak trochę, jak o kimś z rodziny, jakimś przyjacielu, a przecież nigdy go nie spotkaliśmy fizycznie. Spotkaliśmy się na tej duchowej płaszczyźnie.

Radio eM: Były jakieś trudności przy realizacji tego obrazu?

– Przeżywałam ten film ogromnie. I ja, i moja ekipa. Musieliśmy zebrać ogromną wiedzę m.in. o okrutnych i krwawych egzekucjach gilotyną. Bałam się, że mogę nie udźwignąć tego psychicznie. Ale potem pomyślałam, że muszę sobie jakoś poradzić. Cel jest ważniejszy. Tu chodzi o postać Jana Machy. Chcę, aby więcej osób tego człowieka poznało. Więc moje uczucia, takie traumatyczne, poszły na bok, a skupiłam się na tym, jak zbudować narrację tego filmu.

Radio eM: Co wiemy o okolicznościach działalności i aresztowania tego młodego księdza?

– Hanik został aresztowany dlatego, że działał charytatywnie. Stworzył organizację, która nie była zaaprobowana przez Niemców. Nie mogła być akceptowana, ponieważ on i jego przyjaciele z Rudy Śląskiej udzielali pomocy rodzinom powstańczym. Niedługo wcześniej było na Śląsku powstanie. To były propolskie rodziny. Jan z kolegami chodził do ludzi, przynosił im jedzenie, pieniądze, ubrania, a ci ludzie cierpieli wielką biedę i wielką rozpacz. Wielu ojców rodzin, synów, braci zostało już aresztowanych. Zaginęło bez wieści. Nie wiadomo był, co się z nimi dzieje. Ci ludzie nie mieli z czego żyć. I tutaj nagle pojawia się młody kapłan i chce im pomóc.

Radio eM: Zarzut zdrady stanu brzmi dość poważnie…

– Ta organizacja, która powstała, została uznana za działającą na rzecz Polaków, ale przeciwko państwu niemieckiemu. Stąd ten poważny zarzut, jaki usłyszał ksiądz Macha: zdrada stanu. Hanik bronił się na procesie sam. On świetnie znał język niemiecki, więc był sam sobie adwokatem. Rodzice jednocześnie wynajęli bardzo drogich niemieckich obrońców, lecz ci nie zdali egzaminu – nie wybronili Hanika. On był na tyle światły, że potrafił sam się bronić. Ale on był z góry skazany na porażkę. To miał być proces pokazowy, no i tak to się skończyło.

Radio eM: Były jakieś próby odwrócenia tego losu? Pisano listy o ułaskawienie?

– Rodzice bardzo chcieli ratować swojego pierworodnego. To się nie udało. Dla matki przez całe życie – to była wielka trauma. Nie dziwię się, kiedy patrzę na zdjęcie Hanika. Przecież miała takiego pięknego syna: blondyn, niebieskie oczy, wrażliwa twarz. Przecież on jako kapłan mógł tak wiele zrobić dla ludzi, tak wiele im dać… Mógł się cieszyć życiem, mógł być dumą dla rodziców. I to wszystko zostało tak strasznie odebrane.

Radio eM: Pani kontakt z narzędziem zbrodni, gilotyną, pewnie nie był przyjemny?

– Niestety, już teraz wiemy, że śmierć Hanika nie była ani bezbolesna, ani szybka. Była to bardzo krwawa śmierć. Wcześniej, gdy gilotyny nie było w Katowicach, skazańcy byli wywożeni do Wrocławia. Sama gilotyna, którą znaleźliśmy w magazynach Muzeum Auschwitz-Birkenau, leżała w częściach. Osobno topór, osobno miska, osobno stół… I ta śmiercionośna maszyna zabiła około 650 osób. Ustawiono nam tę gilotynę w jednym z nieczynnych baraków muzeum. Realizowaliśmy zdjęcia chcąc oddać grozę tego ostatniego momentu.

Radio eM: Wyobrażała sobie Pani tę ostatnią chwilę młodego ks. Jana?

– Straszne to były chwile, bo ci skazańcy spotykali się z taką bezdusznością i taką „maszyną urzędniczą”. Stół, prokurator, ktoś odczytujący wyrok i – za zasłoną – gilotyna. Było to szybko i „sprawnie”, bo tak te egzekucje po prostu wyglądały.

Wiemy, że Hanik tej nocy został ścięty jako ostatni. Wcześniej musiał widzieć, jak zabierają dwóch jego przyjaciół z Rudy Śląskiej, Leona Rydrycha i Joachima Gürtlera – oni z nim współpracowali. Nawet to cierpienie nie było mu oszczędzone, bo widział po kolei, jak osoby z celi są wyprowadzane na śmierć. Był tam kapelan, ks. Joachim Besler, który udzielił im ostatniego sakramentu. Z dzienników ks. Jana wynikało, że oni się pożegnali i w celi był bardzo wielki spokój. Oni się pogodzili z tym, że muszą umrzeć.

Radio eM: Takich, którzy szli pod topór, było wtedy wielu…

– Mieszkańcy, którzy żyli wokół więzienia, czasem w nocy słyszeli jakieś krzyki. Może skazańcy jeszcze chcieli coś powiedzieć światu. Straszne to były momenty… I to też miało być ku przestrodze, żeby inni nie chcieli działać tak jak ks. Macha, bo wszyscy skończą na gilotynie. Tutaj tych egzekucji było bardzo dużo. Czasami całe rodziny szły pod topór.

Radio eM: Co Panią zafascynowało w Haniku?

– Mnie bardzo poruszyło to, co się wydarzyło w jego życiu. Ta jego zmiana, dojrzewanie do cierpienia. Przecież to był tak młody człowiek, dopiero po seminarium, zaczął swoją posługę w Rudzie Śląskiej. Bardzo przejęłam się tym, w jaki sposób on dojrzewał. Z tego radosnego chłopca, który świetnie grał w piłkę ręczną, uczył swoje kuzynki tańczyć, grać na skrzypcach, nagle staje się męczennikiem. I to było w bardzo krótkim czasie.

Radio eM: „Bez jednego drzewa las lasem zostanie…” – to przesłanie nowego błogosławionego?

– Tak naprawdę, ta ostateczna katecheza to cztery ostatnie miesiące, kiedy już przebywał w areszcie śledczym w Katowicach, kiedy już było po rozprawie, 17 lipca 1942 roku usłyszał wyrok śmierci za zdradę stanu, i on przez te cztery miesiące wiedział, że każdy dzień może być dniem ostatnim. I tak się stało 2 grudnia 1942 roku dowiedział się, że to już jest ta noc. Napisał list z przepiękną metaforą: „Bez jednego drzewa las lasem zostanie, bez jednej jaskółki wiosna tez zawita…”. On pisał o sobie, że jest nieważnym człowiekiem, odchodzi z czystym sumieniem. Bardzo mnie to poruszyło, ponieważ zawsze poszukuję jakiejś symboliki, metafory, a tutaj to miałam po prostu dane. I stąd też symbol drzewa przewija się wielokrotnie w filmie. No tak… Bez jednego człowieka świat się nie zawali. Nie zawalił się, ale już za chwilę będziemy mieć wspaniałego błogosławionego.

Radio eM: Zrodziła się między Panią a bohaterem filmu jakaś nadzwyczajna więź?

– Hanik jest dla mnie bardzo bliską postacią, myślę o nim często. Czasem w modlitwie się do niego zwracam, proszę o jakieś wstawiennictwo. Czasem, idąc na spacer, idę na jego symboliczny grób. Jest dla mnie kimś takim jak przyjaciel, jak członek rodziny. Kiedy myślę o tych jego ostatnich chwilach, bardzo głęboko to przeżywam. A teraz cieszę się, bo Hanik trafia na ołtarze. Będzie znany większej ilości ludzi i może jeszcze komuś wyprosi jakieś łaski. Cieszmy się wszyscy! Alleluja!

Radio eM: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Katarzyna Widera-Podsiadło (Radio eM)

The post Dagmara Drzazga: Zostałam wybrana, żeby opowiedzieć historię ks. Machy first appeared on eKAI.