Bezprecedensowa agresja ze strony naszego wschodniego sąsiada obok pytań geopolitycznych stawia przed nami także dramatyczny dylemat moralny. Jak skutecznie bronić nasze państwo i jak wspierać narażających swe życie jego obrońców nie odwracając jednak oczu od losu tych, których okrutny białoruski reżim wziął jako politycznych zakładników? W tym też kontekście słychać było w ostatnich dniach krytykę Kościoła i jego hierarchów, którzy głosząc w tej trudniej sytuacji Ewangelię – w opinii niektórych – popadać mieli w nieodpowiedzialny sentymentalizm. Sprawa ta – nie tylko dla wielu katolików – wydaje się ważna i wymaga chwili refleksji.

Podejmując ją po pierwsze zacząć trzeba od przypomnienia kilku oczywistości. Jak podkreśla w swym nauczaniu społecznym Kościół (i często przypominają polscy hierarchowie) państwo jest naszym dobrem wspólnym i jako takie wymaga troski i ochrony. Dlatego też jak podkreśla Katechizm Kościoła Katolickiego za nauką Soboru Watykańskiego II „rządom nie można odmawiać prawa do koniecznej obrony” (KKK 2308), a „Ci, którzy poświęcają się sprawie ojczyny, służąc w wojsku, są sługami bezpieczeństwa i wolności narodów” (KKK 2310). W obecnej sytuacji to ostatnie zdanie odnosi się rzecz jasna do wszystkich, którzy w polskich mundurach bronią dziś na granicach naszej wolności.

Po drugie trzeba też podkreślić, że to tradycyjne nauczanie Kościoła w Polsce jest nie tylko dobrze znane, ale – w tym dramatycznym momencie – także powtarzane i praktykowane. Począwszy od oficjalnych wypowiedzi na ten temat polskich duchownych i hierarchów, którzy zawsze podkreślają potrzebę obrony naszego państwa, przez posługę setek kapelanów wspierających codziennie polskich żołnierzy i funkcjonariuszy, po tysiące polskich parafii, gdzie co dzień, bez wielkich fanfar, rozbrzmiewa modlitwa w intencji ojczyzny.

W tym sensie oskarżanie Kościoła, że nie dostrzega powagi sytuacji w jakiej znalazła się dziś Polska uznać można za co najmniej nieporozumienie. W czym zatem tkwi problem?

Aby go uchwycić trzeba chyba po trzecie dostrzec istotę okrutnego spektaklu, który na wschodniej granicy Polski urządził dyktator z Mińska. W dość zgodniej opinii nie jest to bowiem ani pełna agresja militarna, ani klasyczny kryzys humanitarny. Bezprecedensowość tego okrucieństwa i dramatu polega na tym, że metodą kłamstwa lub budzenia fałszywych iluzji Aleksandr Łukaszenka zwabił w pułapkę tysiące migrantów czyniąc z nich narzędzie agresji na Polskę i Litwę, a tym samym także swych zakładników. Co gorsze, opętana logika tego mechanizmu polega i na tym, że otworzenie granic dla jednej grupy migrantów de facto oznaczać może uruchomienie na Bliskim czy Środkowym Wschodzie kolejnych znacznie większych fal migracyjnych. A więc w efekcie zaognienie a nie deeskalację sytuacji. I co równie ważne, jeszcze większą falę cierpienia jeszcze większej liczby osób.

I tu gdzieś, jak wolno sądzić, tkwi źródło krytyki jaka wprost (lub w sposób niewypowiedziany) formułowana dziś bywa pod adresem polskich hierarchów. Jej istota sprowadza się chyba do tego, że Kościół katolicki w Polsce nie tylko wspiera słuszny opór jaki polskie państwo i jego funkcjonariusze stawiają dziś agresji sąsiada, ale zwraca także uwagę na tę drugą, humanitarną stronę pełnego grozy spektaklu jaki urządził dyktator z Mińska.

Tyle tylko – podkreślmy po czwarte – że wierny swej chrześcijańskiej tożsamości Kościół katolicki inaczej czynić nie może. Od wieków bowiem, będąc w sposób szczególny obecnym w polskim narodzie posłany jest on do wszystkich narodów świata. Ludzką zaś godność, będącą znakiem zaświadczonej na krzyżu miłości Boga, rozpoznawać chce w twarzy każdego, bez względu na jego język, pochodzenie, czy wyznanie. A głosząc potrzebę społecznej czy międzynarodowej sprawiedliwości zachęca jednocześnie do postawy miłosierdzia.

Wobec dramatu na granicy polscy hierarchowie podkreślają dziś zatem, że słusznie broniąc własnego państwa i wspierając jego bohaterskich obrońców nie możemy zarazem odwracać wzroku od realnego cierpienia tych którzy znaleźli się w okrutnej humanitarnej pułapce. Nawet jeśli broniąc praw i granic własnej ojczyzny, w sposób odpowiedzialny nie możemy dziś spełnić ich oczekiwań.

Po piąte zauważmy też, że taka (pozornie tylko niejednoznaczna) perspektywa którą próbuje odsłaniać Kościół niesie ze sobą wiele konsekwencji całkiem konkretnych. Od wyboru języka jakim opisujemy ten dramat, poprzez rozróżnianie jego faktycznych sprawców i bezwzględnie wykorzystywanych ofiar, po unikanie uogólnień zestawiających akty nagannej agresji wobec polskich funkcjonariuszy i cierpienie rodzin błąkających się po zimnym lesie, gotowość ratowania ludzkiego życia i wspieranie roztropnych inicjatyw dyplomatycznych i humanitarnych, które wciągniętym w okrutną pułapkę migrantom otwierać mogą drogę powrotu.

Podkreślmy też po szóste, że takie spojrzenie nie deprecjonuje państwa i jego obrony, ale odwrotnie odsłania jej najgłębszy sens. Wszystkim przypomina nam wszystkim, że obrona ojczyzny to nie tyle sama skuteczna walka, co przede wszystkim trudna, wymagająca czasem dramatycznych decyzji i poświęcenia, szlachetna służba. Taka perspektywa przekonuje też, że stając naprzeciw politycznego cynizmu, szaleństwa, czy bezwzględności zawsze szukać możemy tego co nie tylko skuteczne, odpowiedzialne i roztropne, ale także możliwie empatyczne i ludzkie. Jak paczki z żywnością podawane przez straż graniczną migrantom, którym odpowiedzialnie wpuścić dziś do naszego kraju nie możemy.

Takie – mocno obecne w nauczaniu Kościoła – ujęcie podkreśla wreszcie, że zwłaszcza we współczesnym świecie każdy konflikt militarny to bezmiar ofiar i cierpienia. A skuteczna odpowiedź na agresję może mieć także charakter dyplomatyczny, polityczny czy ekonomiczny.

Na koniec siódme trzeba wreszcie powiedzieć, że choć wszyscy mamy nadzieję na szybkie rozwiązanie tej fazy dramatu na polskiej granicy, to z pytaniem o możliwość pomocy migrantom i uchodźcom coraz zasobniejsza Polska pozostanie zapewne już na zawsze. Szukając zaś na nie niełatwych odpowiedzi pamiętać powinniśmy, że prawdziwie żywe chrześcijaństwo i nauka Kościoła, choć uczą nas patriotyzmu, to nie powinny stawać się nigdy ani swoistą teologią polityczną, ani ograniczającą się do kultu własnego państwa religią obywatelską.

Nie przypadkiem bowiem chyba Katechizm Kościoła Katolickiego podkreślając (w kanonie 2240), że obrona ojczyny jest wyrazem słusznej lojalności wobec dobra wspólnego, przywołuje jednocześnie fragment słynnego Listu do Diogneta: „Chrześcijanie… mieszkają we własnej ojczyźnie, ale jako pielgrzymi. Podejmują wszystkie obowiązki jako obywatele, ale i podchodzą do wszystkiego jak cudzoziemmcy… Słuchają ustalonych praw, a własnym życiem przekraczają prawa… Bóg wyznaczył im tak zaszczytne miejsce, że nie wolno go opuścić”.

The post Dr hab. Sowiński: Kościół ma prawo i obowiązek mówić własnym głosem first appeared on eKAI.