– Kościół musi przekazywać prawdę. Dawać świadectwo w całkowitej transparentności. Nie można przemilczeć popełnionych błędów czy skandali, które się wydarzyły, a dziennikarz katolicki powinien „uderzać” odbiorców delikatnością świadectwa, transparentną pracą i oświeconą wiarą – zaznacza Paolo Ruffini. W rozmowie z KAI prefekt watykańskiej Dykasterii ds. Komunikacji mówi m.in. w jaki sposób media powinny wesprzeć proces synodalny, jak w świecie „globalnej komunikacji” można dotrzeć do osób, które z różnych przyczyn straciły wiarę, jak mówić o Kościele, który przeżywa różne kryzysy i trudności, a także czy po reformie watykańskie media są lepiej przygotowane na dzisiejsze czasy.

Piotr Dziubak (KAI): Panie Prefekcie, w jaki sposób media mogłyby i powinny wesprzeć proces synodalny?

Paolo Ruffini: Jestem przekonany o tym, że żyjemy w społeczeństwie komunikacji. Paradoksalnie moglibyśmy też powiedzieć, że żyjemy w społeczeństwie komunikacji i nie-komunikacji. W jaki sposób media mogą wesprzeć proces synodalny? Myślę, że tworząc jedność Kościoła. Komunikacja może nam pomóc w odkryciu prawdy, która nas wszystkich łączy, że jesteśmy zależni od siebie nawzajem. Papież często powtarza, że żyjemy w okresie epokowych zmian. I właśnie obecna sytuacja wzywa nas do dokonywania wyborów. Dzięki komunikacji możemy stwierdzić, że to dotyczy także każdego z nas. Także proces synodalny dotyczy każdego z nas osobiście. Kościół istnieje i działa w świecie. Każdego dnia doświadczamy ryzyka podziału z powodu nieporozumień i wojen. Dlatego jako wierzący musimy odkryć jedność, dzięki której wszystko trwa i do której wszystko dąży. Odkrycie i dążenie do jedności jest potrzebne nam, wierzącym, ale także tym, którzy nie wierzą.

KAI: W ten sposób chrześcijanie mogą pociągać za sobą innych?

– Powinni zainteresować innych i łączyć. Wszyscy dzisiaj mamy trudności w odnalezieniu jedności. Tylko w jedności możemy odkryć sens rzeczy. Pokazanie, że ktoś próbuje nadać rzeczywistości sens, zobaczyć ją w jedności, na pewno zainteresuje każdego. Chodzi o to, by w „kroczeniu razem” odkryć jedność, w której wszystko istnieje i się spełnia. Dzielenie się z innymi jest słowem kluczowym w świecie, w którym komunikacja w dużym stopniu tworzy raczej podziały niż jedność. Całe piękno i siła komunikacji polega właśnie na jednoczeniu się, co my chrześcijanie nazywamy tworzeniem komunii.

KAI: Jak zatem w świecie „globalnej komunikacji” możemy dotrzeć do osób, które z różnych przyczyn straciły wiarę, są na nią obojętne? Jedną z podstawowych barier jest chyba niezrozumiały język używany często w naszych kościołach?

– Myślę, że rozwiązanie tego problemu możemy znaleźć przede wszystkim w prawdzie naszego świadectwa wiary. Jeśli jesteśmy otwarci i autentyczni w swoich działaniach, to jesteśmy wiarygodni. Podkreślmy, że tylko prawda może dać nam wolność. Wtedy staniemy się dla innych punktem odniesienia w kulturowej debacie, która ma miejsce w każdym kraju. Taka postawa jest istotna dla wszystkich, dla tych, którzy wierzą albo nie wierzą. Wielu być może zachowuje dystans, gdyż nie ma przekonania do tego, czy jako chrześcijanie jesteśmy autentyczni w świadczeniu o naszej wierze i tym samym czy jesteśmy wiarygodni. Jako chrześcijanie wiemy, że Kościół jako wspólnota ma o wiele większą moc od nas, jednostek, które są „bezużytecznymi sługami”. Świadectwo życia jest najlepszym sposobem komunikacji, o wiele lepszym niż jakieś hasła czy marketing. Kościół nie powinien poddawać się pokusie znalezienia jakiegoś magicznego hasła reklamowego, które będzie przyciągać innych. Papież co raz cytuje św. Franciszka mówiąc: jeśli na prawdę już nic nie macie innego do zaproponowania, to korzystajcie ze słów, ale pod warunkiem, że za słowami stoi prawda świadectwa.

KAI: Jest to trudne, ponieważ Kościół przeżywa różne kryzysy i trudności.

– Wiemy, że Kościół przechodzi trudne chwile, jesteśmy ludźmi i tym samym nie jesteśmy doskonali. W każdym kraju Kościół przeżywa różne trudności. Zapominamy jednak, jak bardzo jest potrzebne ukazywanie Prawdy objawionej, którą otrzymaliśmy i która nie jest naszym wytworem. Świat utracił zdolność patrzenia poza i ponad siebie i jest trochę zagubiony. Mamy zatem obowiązek dzielenia się naszym spotkaniem z Bogiem. To rodzicom zazwyczaj zawdzięczam swoją wiarę, a obowiązkiem każdego wierzącego jest dzielić się wiarą z innymi.

Każdy z nas, wszyscy razem jako lud Boży, jako wspólnota, naród, kraj, grupa językowa, powinniśmy ofiarowywać naszą sieć znaczeń i sensów. Dzisiaj, niestety, siecią jest prawie tylko web, który często jest siecią bez znaczeń i sensów. Kiedy pracowałem w RAI mój kolega mówił mi: sieć może być siecią pajęczą, ale może być siecią, która uwalnia. Kościół stworzył sieć o wiele wcześniej, niż powstał web. To była sieć dzielenia się darami i nie była to bynajmniej sieć pajęcza, ale sieć, która uwalniała. I to jest też istota procesu synodalnego. Papież w czasie modlitwy 27 marca 2020 roku powiedział, że ludzkość musi odważnie odkryć nowe przestrzenie, w których wszyscy będą czuć się wezwani do budowania nowych form gościnności, braterstwa i solidarności. Myślę, że właśnie w oparciu o te słowa papieża powinniśmy odnajdować nowe formy komunikowania w sieci, która jest i lokalna i jednocześnie globalna, która jest cyfrowa, ale i rzeczywista, która jest po to, by łączyć a nie dzielić. Wykorzystujmy to wszystko co nauka, technologia daje nam do dyspozycji, rozeznając jednak, czy korzystamy z tego dobrze czy źle. Możemy nieść miłość albo nienawiść. To jest właśnie dzisiaj głównym problemem. Świat cyfrowy ciągle się zmienia i my także ciągle ulegamy zmianom. Nie tylko Zuckerberg ma zmieniać swojego Facebooka. Kto wie, może dzisiaj w ławkach szkolnych siedzi jakiś chłopiec, który w przyszłości będzie umiał stworzyć media społecznościowe, które nie będą opierały się tylko na profilowaniu, co sprzedać i kupić, ale w oparciu o jakąś istotną ideę, którą będzie można zrealizować. Nie wiemy tego jeszcze. Nie tylko mamy żyć w epoce cyfrowej, ale mamy ją zmieniać i nawracać świat w imię najwyższych wartości.

KAI: Może pojawi się jakiś zbawienny algorytm wśród wszechobecnego świata algorytmów?

– Żaden algorytm nas nie zbawi. Może jakiś naukowiec nie zgodzi się z tym, co powiem, ale uważam, że algorytm nas nie zbawi, bo nie umie przewidzieć zbawienia. Wiemy, że nawet najgorszy grzesznik może zostać największym świętym. Tak było i jest w historii Kościoła. Algorytm cię profiluje i myśli, że zawsze będziesz taki sam, albo że twoje zmiany na pewno nie pozwolą na coś w rodzaju upadku z konia w stylu świętego Pawła i całkowitego nawrócenia. Tym, co zbawi ludzkość jest prawda spotkania z Synem Bożym, a nie z algorytmem. Algorytm opiera się na powtórzeniach, a droga chrześcijan to coś zupełnie odmiennego. Tak samo proces synodalny nigdy nie będzie algorytmem. Dostrzeżenie Boga w drugim człowieku, w ubogim, także i w tym, który nas krzywdzi, to droga świętości, coś zupełnie innego niż podziw dla siebie samego, swojej tożsamości w oparciu o algorytm, różnych form egoizmu i samozadowolenia. Algorytm to patrzenie na siebie z samozadowoleniem w lustrze. Natomiast zbawienie to patrzenie poza siebie i świat, to patrzenie na Boga, widzenie istoty rzeczy nie w grze pozorów. Papież Franciszek w liście do ruchów ludowych na całym świecie zaapelował do środków masowego przekazu o zaprzestanie działań w oparciu o postprawdę. Wszyscy wiemy, że algorytmy w mediach społecznościowych wydobywają zjawisko hejtu, jakichś form narcyzmu, który ma budować tożsamość w oparciu wyłącznie o samozadowolenie, co absolutnie nie pomaga w odróżnieniu dobra od zła.

KAI: Wspomniał Pan o świętych. Kościół przedstawiając ich życie zazwyczaj tworzy hagiografię, co sprawia, że dla wielu ludzi pojęcie świętości staje się czymś bardzo odległym. „Święty z obrazka” nie popełniał błędów, nie grzeszył, był samym przesłodzonym dobrem, a jego życie było pasmem cudownych i pięknych wydarzeń. Nie pokazuje się rzeczywistej drogi do świętości tego człowieka, że popełniał błędy i grzeszył. Stąd często rodzi się pytanie: czym właściwie jest świętość, czyli świadectwo autentycznego życia?

– Tylko jedna osoba jest święta i doskonała, a jest nią Jezus. Jesteśmy grzesznymi ludźmi, na których patrzy Pan a święci uczą, że każdy z nas może podjąć wędrówkę ku świętości, ku doskonałości. Według mnie świętość to pokorne uznanie własnej małości. Opowiadając życiorysy świętych musimy pamiętać, że święci są ludźmi, którzy otrzymali dar od Boga, którym starali podzielić się z innymi. Popełniali przy tym także błędy. Weźmy przykład św. Piotra. Dlaczego Jezus wybrał go i powiedział mu: słuchaj ty mnie zdradzisz. Jezus pokazuje, że nie jesteśmy jakimiś super-perfekcyjnymi wybrańcami. Św. Piotr budował i prowadził Kościół, wskazywał nam drogę, a u podstaw jego misji stanęła zdrada, nad którą zresztą gorzko płakał. Pięknie mówi o tym w swoich kazaniach włoski kapłan, ks. Primo Mazzolari. Kiedy byliśmy mali, tata czytywał nam fragmenty jego kazań. Kazanie o Judaszu było szczególnie poruszające. Ks. Mazzolari zwracał uwagę, że kiedy mówimy o Judaszu zawsze stawiamy siebie po drugiej, lepszej stronie. On jest zdrajcą, a my jesteśmy tymi dobrymi. Zapominamy jednak, ile razy w ciągu jednego dnia, w ciągu naszego życia popełniamy wielkich lub małych zdrad wobec Pana Jezusa. Ks. Mazzolari tak podsumowywał swoje rozważania: „Osobiście każdego wieczoru modlę się za Judasza, gdyż chcę mieć nadzieję, że może w ostatniej chwili swojego życia zrozumiał swój błąd i że Pan Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu przebaczył mu. Myślę, że orszak, z którym Pan Jezus pojawił się w niebie po swojej śmierci składał się z Niego, Syna Bożego, z Dobrego Łotra i z Judasza”. Taki orszak pokazuje „paradoksalność” chrześcijaństwa. Święci mają świadomość tego, że nie są doskonali, że powierzają się całkowicie Panu. Musimy opowiadać o świętych, ponieważ każdy z nas w różny sposób jest wezwany do wędrówki ku świętości. Święci to nie tylko przeszłość, chociaż w potocznym rozumieniu święci żyli wieki temu. Tak nie jest. Wezwanie do świętości to ciągła teraźniejszość. Ogłoszenie świętym naszego brata, czy siostry służy Kościołowi do tego, żeby powiedzieć, że wszyscy jesteśmy wezwani do naśladowania ich przykładu i że to nie jest coś nieosiągalnego.

KAI: Chrześcijański sposób komunikowania ma być w świecie, ale nie być ze świata? Nie chodzi mi o grę słów.

– Właśnie tak. Mamy być w świecie, korzystać ze wszelkich możliwych form jasnego i konkretnego wyrażania się i mówić językiem naszych czasów. Jednocześnie mamy nie być ze świata, ponieważ mamy w sobie iskrę, która pochodzi od Boga, co sprawia, że wykraczamy poza świat. Bycie w świecie znaczy, że umiemy mówić do świata, tak jak Jezus umiał mówić do świata. Święty papież Paweł VI w wywiadzie z francuskim filozofem i teologiem Jeanem Guittonem powiedział ironicznie: „po co mamy mówić, jeśli nikt nas nie zrozumie?”. Musimy mówić do ludzi tak, żeby zrozumieli prawdę, którą im przekazujemy. Tak wygląda nasza wędrówka przez świat. Musimy używać właściwych słów, żeby być zrozumianym. Nasze słowa mają być jednak „nie z tego świata”, ponieważ mamy perspektywę sensu, którego świat sam w sobie nie ma. Każdy z nas, także osoby niewierzące, próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, co tu robi na ziemi. Jeśli nie znajduję sensu, który wykracza poza moje życie, to jak wytłumaczyć cierpienie, które wpisane jest w moją egzystencję? Możemy to tylko wyjaśnić w perspektywie „nie-bycia z tego świata”. W przeciwnym razie świat nie miałby sensu.

KAI: Zatem język chrześcijan musi być inny od powszechnej gadaniny, języka używanego przez politykę, biznes?

– Język chrześcijan musi być inny, ale musimy to robić z pokorą. Św. Paweł powiedział, że jest Żydem z Żydami, Grekiem z Grekami, słabym ze słabymi. Z pokorą musimy iść drogą św. Pawła. Pokora jest bardzo ważnym wymiarem chrześcijaństwa. Jeśli idziemy drogą ośmiu błogosławieństw, to łatwo zobaczymy, że wszystko jest w nich postawione „na głowie”: błogosławieni to cisi, ci, którzy się smucą, pokornego serca, łagodni, czystego serca. Właśnie ten inny sposób bycia, wartościowania, staje się owocny i jest błogosławieństwem, łaską, która daje radość, jeszcze nie tą doskonałą, ale może stać się życiowym drogowskazem, pomocą otaczającemu światu i ludziom, którzy nie wierzą. Może dzięki temu ktoś odnajdzie drogę do wiary.

KAI: W tym duchu odniosę się do wypowiedzi prezydenta Włoch, Sergio Mattarelli, który mówiąc o kryzysie na granicy polsko-białoruskiej powiedział, że zaskakująca jest przepaść między głoszonymi wielkimi zasadami a brakiem zdawania sobie sprawy choćby z głodu i zimna, na które narażeni są tam uchodźcy. To mocne i rzadko słyszane słowa polityka…

– Tak. Zostały wypowiedziane przez polityka katolickiego, który nie zapomniał prawdziwego sensu polityki, często redukowanej wyłącznie do walki o władzę. Jej podstawowy sens powinien wyrażać przede wszystkim dyspozycyjność do służenia ludziom. Niestety polityka często zapomina o ludziach. Czasami zdarza się to i w Kościele. Kościół zaraża się od polityki właśnie takim zapomnieniem o człowieku, konkretnej ludzkiej istocie. Politykę redukuje się tylko do rozgrywek o władzę, zamiast wskazywać na główne jej zadanie, jakim jest służba bliźnim. Święty Paweł VI mówił, że polityka jest jedną z najwyższych form miłości bliźniego. I nie mówił tego tylko on. Właściwy sens polityki możemy odnaleźć w przypowieści o dobrym Samarytaninie. Wszyscy mieli coś bardzo ważnego do zrobienia i to coś ważnego nie pozwalało spojrzeć na sytuację cierpiącego człowieka. Samarytańskie spojrzenie pozwala rozpoznać, ujrzeć siebie samego w drugim człowieku. Tak wygląda właśnie komunikowanie poprzez świadectwo. Dlatego też komunikacja nie może ograniczać się tylko do słów i deklaracji. Z nich powinny wypływać czyny. W takiej postawie tkwi wielka i odwieczna tajemnica Kościoła. Jak mówi Jezus, „po tym was rozpoznają”. Branie na siebie potrzeb drugiego człowieka pozwala przenosić góry. Dobrze, że taka lekcja komunikowania chrześcijańskiego pochodzi od tak ważnego polityka. A to znaczy też, że jest miejsce na taką politykę i na taką komunikację. Kościół ma ogromną rolę do spełnienia w promocji takich postaw.

KAI: Przedstawiając historie migrantów, mówiąc o współczesnym zjawisku migracji, zdarza się, że i w mediach chrześcijańskich, katolickich, podkreśla się przede wszystkim lęk i strach przed innymi. Czy coś takiego powinno mieć miejsce w katolickiej komunikacji?

– Autentyczna komunikacja ma miejsce w momencie, kiedy biorę na siebie problemy drugiej osoby. Myślę, że nie jest dobrym rozwiązaniem znajdowanie kozłów ofiarnych po jednej albo po drugiej stronie. Ale nie możemy też w złym świetle przedstawiać biednego imigranta, który ucieka i znajduje się w rozpaczliwej sytuacji. Widzimy, jak to jest trudne. Ale jest to również pewien proces. Przypomnijmy, że dobry pasterz umie wziąć na siebie niepokój swoich owiec i je uspokajać. Jako ludzie mediów katolickich musimy zatrzymać się i przyjrzeć się historiom, o których opowiadamy. Zobaczyć, gdzie tkwi zalążek podziałów i konfliktów, gdzie tkwi przysłowiowy „diabeł”. Wtedy razem zacznijmy tkać materiał, tak jak nas nauczył tego Jezus, z miłością. Myślę, że wobec epokowych przeobrażeń, których wyrazem jest także migracja, rolą mediów katolickich jest dzielenie się i wzięcie na siebie niepokoju ludzi uciekających przed wojną czy ubóstwem. Nie można mówić, że wszystko jest normalne i pod kontrolą. Jest czymś oczywistym, że migracja, takiego czy innego rodzaju, nie jest normalna, a strach nigdy nie jest dobrym doradcą. Trzeba właściwie rozeznać sytuację, pokonać strach i prowadzić dialog.

Dotyczy to także dialogu międzyreligijnego. Gdy nie prowadzimy dialogu w imię naszej wiary, która nas przekracza, budując mury albo wywołując wojny, tkwimy ciągle w grzechu pierworodnym. W tym tkwi moc naszej wiary wyrażająca się w nakazach: przyjmij imigranta, przyjmij ubogiego, odwiedź uwięzionych. Sposób, w jaki można to przełożyć na politykę, jest częścią dalszego rozeznania. Jeśli nie zrobimy kroku naprzód w oparciu o Ewangelię i miłość, nie obronimy naszych chrześcijańskich korzeni. Nasze działanie musi być oparte na miłości, w przeciwnym razie zaprzeczymy temu, o czym mówimy i kim jesteśmy. Papież wielokrotnie to powtarzał. Nie jest możliwe, aby jeden kraj mógł przyjąć połowę pogrążonego w kryzysie świata i nie ma na to żadnego algorytmu, aby zrobić to jak najlepiej. Obecny czas radykalnych przemian wymaga od nas, abyśmy się nie bali, abyśmy mieli coraz głębszą wiarę i przyjmowali drugiego człowieka z jego trudnościami. Nie możemy myśleć o obronie, ale mamy brać na swoje barki troski innych.

KAI: Znany polski socjolog Zygmunt Baumann często posługiwał się pojęciem „płynnej prawdy”. Dam taki przykład. Kiedyś Jan Paweł II trzymał w dłoniach księgę Koranu i zaczęły się dyskusje, czy ją pocałował. Osoby, które stały przy papieżu tak to widziały, inne, które były też blisko, twierdziły, że nie pocałował, a jeden z obecnych wówczas kardynałów stwierdził, że brakowało około jednego centymetra do pocałunku. Jak powinni zachowywać się ludzie mediów katolickich, wobec wielorakich interpretacji wydarzenia, tłumaczenia jakieś sytuacji czy procesu?

– Prawda jest pojęciem niezwykle złożonym. Na przykład dla nas chrześcijan istnieje Prawda objawiona. Ważnym czynnikiem w dochodzeniu do prawdy jest jeszcze nasza wędrówka przez świat, która pokazuje, że nie możemy tutaj na ziemi posiąść prawdy. Zbliżanie się do prawdy to ciągły proces. Święty Jan Paweł II wspominając kiedyś o fanatyzmie religijnym powiedział, że myśl o narzuceniu innym prawdy przemocą jest obelgą wobec Boga. Musimy wiedzieć, że jesteśmy ludźmi i że nasza droga do prawdy jest niedoskonała. Tak powinna brzmieć zasada dobrego dziennikarza. Nie powinien niczego ukrywać, ale zaoferować wolne i oświecone wiarą poszukiwanie prawdy o rzeczywistości, aby podzielić się nią z innymi. Gdy jako dziennikarze katoliccy będziemy wymachiwali naszą prawdą, jak mieczem, którym można zaatakować inną osobę, grubo byśmy się pomylili. Powinniśmy „uderzać” naszych odbiorców delikatnością świadectwa, transparentną pracą i oświeconą wiarą. Trzeba mieć też świadomość, że każda historia może zostać naprawiona i odkupiona. Dziennikarze często przedstawiają wydarzenia czy procesy, jakby były one nieruchome i zamrożone. Opowiadamy o jakimś złu tak, jakby ono skamieniało i miało trwać na zawsze. Nawet jeśli historie opowiadane mogą wydawać się nam piekłem, to pamiętajmy, że dotyka je także ręka Boga i zbawienie. Zawsze trzeba wierzyć, że powiew Ducha Świętego może sprawić, że jakaś straszliwa historia może zostać naprawiona i odkupiona. Nasza opowieść w duchu chrześcijańskim musi zostawić miejsce na proces możliwych i pozytywnych zmian. Jeśli opowiadamy historię bez uwzględnienia możliwości odkupienia i zbawienia, to nie opowiadamy jej na sposób chrześcijański. Że zło istnieje, to żadne odkrycie. Doświadczamy go wewnątrz nas. Więc nie sądźmy od razu drugiego, ale spójrzmy na siebie, zobaczmy, co w naszym wnętrzu sprawia, że popełniamy czyny dobre i złe. Nasze opowiadanie o świecie, o człowieku musi zawsze zostawić miejsce na odkupienie i zbawienie.

KAI: Bardzo często dziennikarze, w tym katoliccy, są uważani za wrogów, bo zadają za dużo pytań, szczególnie w trudnych sytuacjach dotyczących np. skandali. Co należy robić? Nie odpowiadać? Na przykład wielkie korporacje mają duże budżety na zarządzanie sytuacjami kryzysowymi. Może jako chrześcijanie powinniśmy znaleźć jakieś lepsze rozwiązania?

– Nie uważam, żeby strategia Kościoła musiała działać według reguł marketingu, jakiejś strategii komunikacji, które podejmuje firma albo partia polityczna. Kościół jest inną rzeczywistością. Tak jak powiedziałem wcześniej: Kościół musi przekazywać prawdę. Dawać świadectwo w całkowitej transparentności. Nie można rozdzielać tych elementów. Nie można przemilczeć popełnionych błędów czy skandali, które się wydarzyły. Wiemy, ile bólu to wywołuje. Na pewno któryś z czytelników, ma dziecko, które zrobiło coś złego. Wiemy, ile to sprawia cierpienia, ale też zawsze pojawia się nadzieja, że to się zmieni, że popełniony błąd zostanie naprawiony. Wiemy doskonale, że zło istnieje i jest możliwość, żeby z nim walczyć. Pewności, że wyrwiemy zło z korzeniami raz na zawsze nie ma. Byłaby to wręcz herezja. Najgorsze dyktatury z historii opierały się na żądaniu wytępienia tego, co dyktator uważał za zło. Tylko prawda nas wyzwoli. Trzeba rozpocząć komunikowanie od prawdy, cierpienia, skruchy, żeby nie myśleć, że jest się zwolnionym od zapłacenia za spowodowane krzywdy, że jest się zwolnionym z obowiązku rozliczenia się. Wszyscy jesteśmy do tego wezwani.

Co do dziennikarstwa: dziennikarze to także ludzie, ze swymi ludzkimi słabościami. Mają prawo tak się czuć i muszą być tak traktowani. Niektórzy traktują dziennikarstwo absolutystycznie, jako ostateczną wyrocznię i zazwyczaj odczytują rzeczywistość w sposób stereotypowy, czarno-biały, w której wiadomo, gdzie są dobrzy i źli. Oczywiście najlepsi są zawsze dziennikarze. Myślę, że taka postawa kończy się złym dziennikarstwem. Ale nawet ze złym dziennikarstwem musimy nawiązać relację, ponieważ zmiana postaw następuje tylko wtedy, gdy dochodzi do spotkania. Lepiej jest się spotkać, niż unikać spotkania, w trakcie którego można dać świadectwo prawdzie. Wiem, że może to być trudne dla niektórych biskupów, księży, ludzi Kościoła, jeśli dziennikarzowi chodzi tylko o „zawieszenie skalpu na swoim mikrofonie”. W pewnych sytuacjach Pan Jezus wybierał milczenie i nie odpowiadał. Uważam, że Kościół powinien jednak dążyć do spotkania z osobą, o której możemy myśleć, że nas nie rozumie. Pamiętajmy, że takie spotkanie może być okazją do zmiany w postawie dziennikarza.

KAI: Media watykańskie przeszły reformę. Czy papież Franciszek ma teraz media lepiej przygotowane na dzisiejsze czasy?

– Reforma mediów watykańskich była w sumie prostą sprawą. Zrodziła się ze świadomości, że komunikacja globalna dąży ku konwergencji. Pojawiło się pytanie, w jaki sposób można zachować jedność przesłania i opowiadania, zachowując różnorodność środków. Jak zbudować coś, co nie stanie się wieżą Babel, ale będzie pokornym świadkiem jedności przesłania Kościoła, jego Magisterium, w różnorodności mediów. Myślę, że to jest sedno reformy. Media watykańskie są różnorodne. Niektóre z nich mają już kilka wieków historii. Zastanawialiśmy się, jak należy zorganizować ich służbę dla Kościołów lokalnych, dla ludu Bożego w przeróżnych językach, kulturach, żeby przekaz był jeden, ale tym samym zachował swoją różnorodność. Media watykańskie to gazeta, strony internetowe, radio, media społecznościowe i inne. Nasze działania to przede wszystkim służba mediom lokalnym, gdyż nie można popadać w pychę, że będziemy mogli sami, z Watykanu, komunikować się z całym światem. Pomagamy i posługujemy mediom katolickim i niekatolickim. Ale żeby komunikowanie było owocne, trzeba korzystać ze współczesnego języka. Święty Paweł VI mówił, że chce wykorzystywać wszystkie dostępne sposoby komunikowania. Mam media społecznościowe, więc z nich korzystam. Ale to nie znaczy, że przestanę mówić przez radio, a ono rozwija się poprzez podcasty. W końcu to nie znaczy, że przestanę oferować materiały audiowizualne. Przecież komunikujemy się także poprzez obraz i fotografię. To powinno pozwolić nam zbudować sieć, która daje wolność. Komunikowanie powinno być pomocne przede wszystkim lokalnym wspólnotom. Odbywa się ono zawsze w konkretnym miejscu, czy to będzie Warszawa, Kraków lub inne miejsce na ziemi, ponieważ to tam ludzie się spotykają. Poprzez media watykańskie opowiadamy historie ludzi w różnych wersjach językowych, bo może historia z Wietnamu kogoś zainteresuje i będzie pomocna w Polsce. W pewnym sensie tworzymy nową Pięćdziesiątnicę, jedność i komunię Kościoła powszechnego. Budowanie jedności to jedno z zadań współczesnych mediów. Nie ma komunikacji, która nie zaangażowałaby się w działania w twojej parafii czy w twoim mieście.

KAI: Czy różnorodność mediów watykańskich w istocie usprawnia komunikowanie?

– Według mnie tak. Media watykańskie nie tkwią w jakiejś specyficznej niezmienności. Nie wiem, jak media watykańskie zmienią się, kiedy mnie już nie będzie na ziemi. Na pewno będą się zmieniać. Musimy pamiętać, że mamy wędrować ze światem. Historia mówi nam, że ewolucja środków społecznego komunikowania nie zlikwidowała mediów, które istniały wcześniej. Druk nie zlikwidował sztuki. A przecież sztuka to bardzo ważne medium komunikowania. Niestety w ostatnich czasach zaniedbujemy malarstwo, film czy telewizję. Prasa nie zniknęła i myślę, że będzie dalej istniała w innych formach. Radio też będzie. Pojawią się również nowe środki komunikacji. Mamy siać dobro. Jako Kościół nie możemy uchylać się od naszego zadania, jakim jest obecność we wszystkich formach komunikacji. Informacje w radiu były przekazywane inaczej 30 lat temu i odmiennie robi się to dzisiaj. Za 30 lat będzie na pewno jeszcze inaczej. O co prosi się chrześcijanina w kwestii komunikowania? Żeby był w świecie, ale nie ze świata, żeby był człowiekiem swoich czasów, świadczył o prawdzie, która jest ponadczasowa. Papież Franciszek zwraca uwagę: nie mówcie, że zawsze się tak robiło i nie trzeba zmian. Nie przywiązujcie się do popiołów, ale do żaru ognia. Papież stale podkreśla, że tradycja ożywa w ogniu a nie w przechowywaniu popiołów.

The post Paolo Ruffini: Kościół musi dawać świadectwo w całkowitej transparentności first appeared on eKAI.